1936 - POWSTANIE ORATORIUM

 ORATORIUM SALEZJAŃSKIE KRAKÓW - DĘBNIKI

("Pokłosie Salezjańskie" 7-8:1936, str. 261 – 263)

Tak się to zaczęło, jakby nigdy nic. Nie prowadzono długich badań, nie powstał nawet ani tymczasowy komitet. Wiadomo było oddawna, że chłopców na Dębnikach jest moc, znacznie więcej, niżby w jednym dniu można ich poznać. A już od początku świata wiadome jest wszystkim, że chłopcy najlepiej się czują, gdy się bawią. Gorzej tylko, że nie zawsze jest gdzie się bawić i nie zawsze jest czym. Wprawdzie najlepsza Opatrzność, która się troszczy o gniazda wróble i o gołębie na rynku krakowskim, sprawiła, że między domami są jeszcze jakieś wolne przestrzenie, zwane ulicami. Na taki kryzys dobre i to. W co się na ulicach nie gra: w guziki, w klasy, w pliszki, czasem i w walkę narodów. A na jakiejś cichszej ulicy to i piłka nożna odchodzi, i też dobrze jest. Gdyby nie gęste szeregi przechodniów, nie dorożki nie auta, nie policja, nie kurz gęsty i lepki... „Ach, gdyby nie to gdyby...”

Pobudowano ostatniego lata na Dębnikach, tuż przy skałach Twardowskiego, kilka bloków. Bloki, wiadomo, mieszkaniowe. Posprowadzali się ludzie, zagospodarowali, ot jak zwyczajnie na nowym mieszkaniu i to nie byle gdzie, ale w sławnych blokach. Przez zimę było cicho. Ale na wiosnę z bloków - nagle - wyroił się mnogi lud, jakby powiedział Sienkiewicz. Wyroili się przede wszystkim chłopcy. Dużo chłopców. I stało się pewnego dnia, że gdy poważni skądinąd słuchacze teologii w Salezjańskim Instytucie obok bloków zagrywali sobie starym zwyczajem w siatkówkę po obiedzie, przez dziurę w płocie z drutu kolczastego wśliznęło się ukradkiem kilku chłopców z onychże bloków. Weszli, naturalnie, tylko tak sobie, popatrzeć, jak księża grają. Miną trochę nadrabiali, zawsze to pierwszy raz, niewiadomo, jak i co.

Następnych dni było już ich kilkunastu, potem kilkudziesięciu, i nie wślizgiwali się przez żadne dziury w płocie, tylko wchodzili sobie paradnie przez główną bramę. Byli już u siebie. Mieli boisko, dużo zieleni, no i przede wszystkim piłki do gry. Odtąd poszło szybko. Chłopcy z bloków zorientowali się pierwsi, potem chłopcy z Dębnik, potem ci z za Wisły - od Salwatora. Mówi się, że oratorjum „urzęduje” od czwartej. Ale chłopcy w to nie wierzą. Już przed trzecią jest ich pełno.

Gdzieś w połowie maja rozeszła się wieść - przeczucie, że 24 maja oratorium („no niby my chłopcy”) urządza wielkie święto. Co się to nie robiło. Szykowanie tańców, deklamacyj, sztuk magicznych, pieśni, dekoracyj! No, i święto udało się, jak się tylko naszym chłopcom mogło udać. Przed uśmiechniętym na pomniku Księdzem Bosko zasiedli przełożeni Instytutu, a obok nich i za nimi bardzo liczne towarzystwo, złożone w pierwszym rzędzie z rodziców naszych oratorianów. Chorągiewki furgotały na silnym wietrze, chłopcy zaśpiewali na początek, wszystko zdawało się jak najlepiej, a tu jak nie lunie deszcz - na szczęście równie krótki, jak mocny. Był on tą przysłowiową garścią wody na rozpalony kamień. Humor i nastrój wspólnoty wzmogły się. Chłopcy wykonawszy program części religijnej obchodu - ku czci Marii Wspomożycielki, przeszli na taras zakładu, dla wykonania części wesołej. Co się tam nie działo. Specjalnie podobały się tańce w bajecznie kolorowych strojach krakowskich i pono hiszpańskich, pantomina o zaczytanym (stara zresztą, jak świat) i sztuki magiczne. A potem rzecz najważniejsza dla samych chłopców: zawody sportowe. Koszykówka, walka narodów i różne biegi z przeszkodami. Do zawodów stanęli z jednej strony chłopcy z bloków, a z drugiej reszta - Dębniki. Wyników cyfrowych należałoby poszukać w „Przeglądzie Sportowym”. Zawody zakończyły się wyścigiem kwadryg i rozdaniem nagród. Nagrody były duże i było ich dużo, wyglądało, że to raczej zaliczka na przyszłość.

Odtąd liczba chłopców przekroczyła setkę. Na ich pochwałę można dodać, że przez cały maj z własnej a nie przymuszonej ochoty w wielkiej liczbie uczęszczali na majowe nabożeństwo i radowali Matkę Bożą dźwięcznym a mocnym śpiewaniem litanii. Po „majówce”, jak się w Krakowie nabożeństwo majowe nazywa, codziennie jeden z teologów, którzy się z nimi bawią, miewał do nich t. zw. „słówko wieczorne”, króciótką gawędę na aktualne tematy z dnia, a potem znowu gry na boisku aż do zmroku.

W drugi dzień Zielonych Świątek miała się odbyć pierwsza wielka wycieczka do Tyńca. Ochotników zgłosiło się przeszło 120. Niestety, deszcz tym razem naprawdę przeszkodził. Dopiero popołudniu można było wyjść na świat boży. Chłopcy czwórkami ze śpiewem wymaszerowali wałem nad Wisłą na skały Twardowskiego. W niedługi czas znalazł się na miejscu olbrzymi kocioł z gorącym bigosem i kilka pudeł z cukrami - dar przyjaciół naszego młodego dzieła. Po tych dobrych rzeczach zostało wkrótce tylko wspomnienie, prawdopodobnie też dobre.

Od tego dnia zaprowadzono w oratorium jeszcze jedną innowację, chętnie przyjętą przez młodą społeczność: codzienny podwieczorek, filiżankę dobrego rosołu i kawałek świeżego chleba.

Możnaby pomyśleć, że niektóre przeżycia pozostawiły już w chłopcach t. zw. niezatarte wrażenia. Ale nic łatwiej się nie zaciera, jak wrażenia otrzymane w tych latach. To też ręczę, że na przyszły rok o tej porze nikt z chłopców nawet nie wspomni o tych pierwszych czasach oratorium. Bo to, co było i jest, to jest dopiero początek, wstęp do wstępu. Przyjdą napewno lepsze czasy, oratorium okrzepnie, zorganizuje się wewnętrznie, zdobędzie większe środki, zajmie się naprawdę każdym sposzczególna chłopcem. Życie w oratorium będzie zapewne o wiele wartościowsze i jeszcze ciekawsze dla samych chłopców. I dopiero to wszystko razem w sumie przez parę lat zdoła wytworzyć owo niezatarte wrażenie, które będzie podstawą przyszłego światopoglądu naszych kochanych chłopców - z bloków, z Dębnik i z za Wisły.

Napisał: kl. H. Czepułkowski