1937 - PIERWSZA KOLONIA ORATORIUM

 ORATORIUM IM. JEZUSA MŁODZIEŃCA W KRAKOWIE NA KOLONII W KRZYŻOWEJ

(ks. J. Nęcek, „Pokłosie Salezjańskie” 10:1937, s. 207 – 208)

Różne były projekty. Jedni chcieli wybrać się nad morze, inni mieli chęć udać się na Huculszczyznę, wiele głosów oświadczyło się za Zawoją pod Babią Górą, lecz ostatecznie zwyciężyło nie morze, nie Huculszczyzna, nie Zawoja - tylko Krzyżowa koło Jeleśni. Piękny to zakątek kraju! Pewnie, że zakątek, bo niedaleko od Krzyżowej już się Polska kończy. A jest naprawdę piękny! Wzdłuż wsi przepływa górska rzeczka zwana Krzyżówką. Ponad rzeczką wznoszą się stopniowo coraz wyższe szczyty i pasma górskie, które sięgają aż po Pilsko i dalej. Na stokach i szczytach górskich porozsiadały się lasy szpilkowe, darząc powietrze żywiczną wonią, a koszyki Krzyżowian i menażki naszych „kolonistów” - borówkami i grzybami...

W takim to rajskim zakątku osiedliliśmy się na cały miesiąc, my salezjańscy oratorianie im. Jezusa Młodzieńca z Krakowa. Było nas prawie czterdziestu. Zjawiliśmy się tutaj 3.VII. pod wodzą ks. Kierownika i trzech księży asystentów. Korzystając z uprzejmości p. Sołtysa, ulokowaliśmy się w Urzędzie Gminnym, który jest najokazalszym gmachem Krzyżowej. Obok nas kościółek, pod nami rzeczka, naokoło nas góry, a na każdym kroku życzliwi ludzie.

 

Przełożeni starali się o to, żeby nam niczego nie brakowało. Mieliśmy: kąpiel, przechadzki, nieco piłki - no - i dobre jedzenie. Najlepiej może o tym zaświadczyć jeden z moich kolegów, który wstając od obiadu, a przypuszczając, że nikt z przełożonych go nie słyszy, wypowiedział się głośno: „Jeszczem nigdy w życiu tak sobie nie podjadł”. Nic więc dziwnego, że korzyści materialne z kolonii były wielkie: każdy wracając do Krakowa wiózł ze sobą, a raczej na sobie ogorzałą skórę, większą porcją tłuszczu na zapas, aniżeli przywiózł i - herkulesową siłą. „Strat” i wydatków wielkich nie mieliśmy, bo do 700 złotych, które chłopcy złożyli; dołożył ks. Kierownik 700 złotych, o które wystarał się w ciągu roku. Dobrzy zaś Krzyżowianie nieustannie przynosili to ziemniaki, to nabiał, to miód, prosząc tylko o to, żeby chłopcy za nich się pomodlili. Wspomniałem, że nie było większych strat i wydatków. Lecz muszę napomknąć o jednej ważnej stracie. Oto harcerski zastęp „Orłów” stracił chorągiewkę o barwach narodowych. A w jaki sposób? Krowa ją zjadła, autentyczna krowa, która odtąd może będzie dawać czerwono - białe mleko. Tak się to opłaca robić ćwiczenia harcerskie w sąsiedztwie niekulturalnych krów. Ale ostatecznie ta strona niknie w porównaniu z korzyściami, jakie chłopcy z kolonii odnieśli.

Mieliśmy również zapewnioną opiekę duchowną. Codziennie słuchaliśmy t.zw. słówek wieczornych, wygłaszanych przez ks. Kierownika: raz były one jak rosa wieczorna, schodząca łagodnie z obłoków, raz jak huragan oczyszczający powietrze, ale zawsze pełne troski o nasze dusze. Chodziliśmy codziennie na mszę św. do kapliczki, i tam odmawialiśmy swój pacierz poranny. W dniu 16.VII. zostaliśmy przyjęci pod opiekuńczy płaszcz Szkaplerza Matki Boskiej Karmelitańskiej. Tak więc kaplica krzyżowska będzie miała w naszym sercu zawsze błogie wspomnienie...

Dużo zobaczyliśmy rzeczy nowych. Byliśmy gromadnie na Pilsku. Junacka grupa złożona z 14 prawdziwych zuchów poszła na Babią Górę i tam zdobyła trofea na laski turystyczne. Byliśmy na granicy czesko-słowackiej, a niektórzy oddychali na dobre powietrzem słowackim i popróbowali na lekarstwo wina czeskiego. Zaprzyjaźniliśmy się z innymi „powietrznikami” - jak to mówią tutejsi ludzie. Szczęsny los „kolonistów” dzielili z nami harcerze z Chorzowa i studenci z Bydgoszczy. A więc nie obyło się bez występów i zwycięstw sportowych, do których prowadził nas wielki przyjaciel Oratorium, p. A. Walter, sportowy redaktor „Małego Dziennika”. Szczególnie sympatyczne nici przyjaźni połączyły nas z Chorzowianami, to też, gdy opuszczali Krzyżową, żegnaliśmy ich z prawdziwym żalem, a wyrazem wspólnej sympatii pozostało zdjęcie fotograficzne dokonane przy rozstaniu.

Lecz i dla nas nadchodził dzień powrotu do Krakowa. W niedzielę 1.VIII. zapowiedział na sumie ks. Kierownik pożegnanie przy ognisku. Wieczorem zebrały się tłumy ludności z Krzyżowej, z Krzyżówek i z Korbielowa. Przy ognisku wytworzył się nastrój dziwnie serdeczny, nieomal rodzinny. Następowały po sobie wesołe wyczyny, podziękowania ks. Kierownika, przemówienie p. Sołtysa, wszystko przeplatane piosenkami harcerskimi. A gdy nasi chłopcy rozpoczęli śpiewać: „Krzyżowo, Krzyżowo, cóżeś ty za pani” - płacz powstał pomiędzy ludźmi... Na uspokojenie żalu z powodu rozstania wpłynęło zapewnienie ks. Kierownika, że najpóźniej za rok odwiedzimy znowu Krzyżową. Potem było pożegnanie: mieszkańców, domu, gór, lasów, rzeczki - ujęte w piękną wiązankę pieśni.

Wyjazd nastąpił na drugi dzień w południe. Przy wyjeździe byliśmy świadkami wzruszających scen. Gospodarze zaofiarowali nam podwody w takiej ilości, że było ich za wiele. Sąsiedzi przychodzili do nas i wśród płaczu żegnali się z każdym chłopcem. W przejeździe przez wieś widzieliśmy przy każdym domu grupki ludzi, którzy żegnali nas długo, długo wymachiwaniem rąk i czapek. Gdy stanęliśmy na peronie w Krakowie, wzięły nas mamusie w objęcia, ale myśl była jeszcze przy tych zacnych ludziach w Krzyżowej. Piękna była ta pierwsza kolonia naszego Oratorium. Pierwsza, ale zapewne nie ostatnia!